- Opowiadanie: lk - Upadek Cesarstwa Rzymskiego

Upadek Cesarstwa Rzymskiego

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Upadek Cesarstwa Rzymskiego

1. Julia

 

– Błogosławiony bądź Ty, Adonai, nasz Boże, Królu wszechświata, który uświęciłeś nas swoimi przykazaniami, i który stworzyłeś wszystko dla swej chwały.

Sara mówiła cicho i szybko, czoło miała mokre od potu. Obejmowałem Julię w pasie, żeby się nie przewróciła, chociaż mnie też było już słabo. Naszą obdrapaną, szarą chupę podtrzymywali Abraham, Joachim i Jakub.

Sara skończyła błogosławić, zapanowała cisza.

– Ketuba – powiedział nagle Abraham. – Dokument małżeństwa.

Kobieta zdziwiła się, ja również nie znałem tego słowa.

– My ją podpisywaliśmy – wyjaśnił. – Ja i ty, dwadzieścia pięć lat temu.

– Kto by o tym pamiętał – Sara żachnęła się na męża. – Zresztą, teraz niebezpiecznie byłoby mieć na piśmie takie rzeczy.

Skinąłem głową, zniecierpliwiony.

– W porządku – powiedziała Julia cicho. – Więc jesteśmy już…?

– Jesteście.

Pocałowałem ją i położyłem ostrożnie z powrotem na podłogę. Odwróciliśmy wzrok, kiedy Sara pomagała jej się przebrać. Do godziny policyjnej zostało jakieś dwadzieścia minut.

– Musimy już iść. – Joachim stanął przy wyjściu. – Zaraz się ściemni, będzie więcej patroli.

– Idźcie, dogonię was – powiedziałem i usiadłem pod ścianą, dotykając dłoni Julii. Joachim, Abraham i Sara wyszli, Jakub jeszcze przez chwilę stał w drzwiach, ale odprawiłem go ruchem ręki.

Moja żona.

– Czy my już zawsze…? – spytała nieśmiało, rozglądając się wymownie po ciasnej komorze. – Nigdy nie wyjdę?

– Nie możesz – powiedziałem, ściskając jej rękę. – Sama wiesz, lepiej ode mnie nawet.

– Wiem, ale… – strapiła się, spojrzała w ziemię. – Kiedy cię przyprowadzili i przedstawili, pół roku temu… Boże, zapragnęłam znów zobaczyć słońce. Z tobą. Jesteś inny od wszystkich, coś w Departamencie poszło nie po ich myśli, widzisz przecież sam. Jesteś wyjątkowy, możesz sprawić, że stąd wyjdę, możesz nawet wziąć mnie na plecy i wynieść na zewnątrz.

– Wyjdziesz – powiedziałem, patrząc jej w oczy. Natychmiast tego pożałowałem, nie mogłem się już jednak wycofać. – Wyjdziesz, Julia, obiecuję.

Przytuliła się, zasypiając od razu, a ja wziąłem delikatnie jej głowę, położyłem na poduszce i wyszedłem z komory.

 

2. P.

 

Starałem się opanować emocje, ale rytm moich kroków na pewno zdradzał je wszystkie. Czułem wzrok niewidocznych, mikroskopijnych kamer pochowanych gdzieś na ścianach, na sygnalizacjach, które śledziły każdy mój ruch, nawet taki, o którym nie miałem pojęcia. Cóż z tego jednak, że zarejestrują podenerwowanie – każdy człowiek ma prawo być czasem rozdrażniony albo pełen entuzjazmu. Na szczęście nie wymyślono jeszcze urządzenia czytającego w myślach, dopiero to zgubiłoby mnie i moich przyjaciół.

Szedłem ruchliwą, głośną ulicą. Minąłem jednak tylko kilku pieszych, a każdy z nich zdawał się patrzeć na mnie podejrzliwie. Wyobrażałem sobie, że to członkowie Frumentarii w cywilnych ubraniach, i podobnie absurdalne myśli wciąż pojawiały się w mojej głowie, zniknął z niej wszelki porządek. Co będzie, jeśli to pułapka – wejdę, a zamiast Julii czeka tam oddział z bronią? Przez moment walczyłem, żeby nie wpaść w panikę, ale opanowałem się jakoś i poszedłem dalej.

Przełknąłem z trudem ślinę, gdy zza rogu wyłonił się wielki gmach Pałacu. Przerażający – z czterema wieżami i wieloma prawie stumetrowymi kolumnami, ścianami, których monumentalność przewyższała wszystkie inne budowle na świecie. Ciemnoczerwony dach mienił się w słońcu jak rubin, pogoda dopisywała. Mimo wszystko jednak, mimo tego wrażenia nierealnej wręcz potęgi – sam Pałac był wyjątkowo piękny. Obok niego stał jednak wielki, nowy wyświetlacz z datą i godziną. Rok MCDLXXXVI, III dzień Augustusa, kwadrans po południu. Czcionka zawsze wydawała mi się nieodpowiednia, a już szczególnie nieodpowiednie było to irracjonalne przywiązanie do tradycyjnych symboli. Cesarz słynął z wyjątkowego konserwatyzmu, podobno jadł jedynie na leżąco i chodził w tunice nawet po domu. Konstantyn – jakie będą jego rządy? Oby nie starał się dorównać poprzednikowi.

Pałac zasłonił mi przejeżdżający konwój Frumentarii, ze strachu aż przystanąłem i zamarłem na chwilę. Sunęli ulicą z absurdalną prędkością, włączyli sygnały dźwiękowe, a inne pojazdy ustępowały im drogi. Trzy małe currusy z przodu i jadący za nimi ogromny, zajmujący prawie całą ulicę currus transportowy. Szczęśliwie zmierzaliśmy w dwie różne strony, na pewno zawróciłbym i zaczął uciekać, gdyby było inaczej.

Zorientowałem się, że przechodzę koło Departamentu Produkcji, i zadrżałem. Nie zwracało się raczej codziennie uwagi na ten złowieszczy budynek, pełen krzyku, śmierci i niesprawiedliwości. Mogłoby to zabrać apetyt na wiele dni, pewnie nawet na tygodnie. Dziś jednak nie mogłem się powstrzymać – zadarłem głowę. Gładka ściana pozbawiona okien przytłoczyła mnie tak, że niemal upadłem, musiałem przystanąć i odetchnąć głęboko.

Kontynuowałem marsz, coraz ciężej przychodziło mi robienie kolejnych kroków. Jak radzi sobie Julia? Wiedziałem, że jest silna i jej się uda, ale odczuwałem jakiś cień niepewności, zmartwienia. Prawdę mówiąc – więcej niż cień, gdybym nie szedł, to zacząłbym się chyba trząść z nerwów. Przeżywałem najtrudniejszy dotychczas moment mojego życia, nie mogłem go porównać z niczym innym. Samotna droga do Miejsca Narodzin – oprócz mnie kroczyło nią, miałem taką nadzieję, jeszcze kilka osób – Jakub, Joachim, Abraham… Będę ostatni? Być może. Jeśli wszystko się udało, to powinienem na samym końcu dołączyć do czekających. A może ona już…

Myśli rozsadzały mi głowę, pulsujący ból promieniował na całe ciało.

Dotarłem pod Sąd, gmach zbudowany w stylu greckim. „Dura lex, sed lex” – złoty napis nad wejściem pojawił się z rozkazu poprzedniego cesarza. W oryginalnym projekcie było zdanie „Salus populi suprema lex esto”, Kaliguli Drugiemu niezbyt się podobało, rozkazał zmianę, gdy budynek już stał. Nieszczęście, że ten tyran rządził przez pięćdziesiąt lat, cud jednak, że w końcu go pochowali.

Przed Sądem nie było ani jednego człowieka, a przynajmniej nie przed głównym wejściem. Pomyślałem przez moment, że mogę zaryzykować przejście tamtędy, ale niestety – tego dnia akurat nie mogłem. Obszedłem więc cały gmach wzdłuż betonowych, ogromnych kolumn, które lubiłem podziwiać z daleka, ale które przerażały mnie z tak bliska. Dotarłem wreszcie do wejścia dla służby, zwykłych drzwi z klamką, otworzyłem je delikatnie i zamknąłem za sobą. Ostrożnie, po cichu zacząłem schodzić, mijałem kolejne wyjścia na piętra, ale ignorowałem je, nawet nie patrzyłem w ich kierunku. Na szczęście nikogo nie spotkałem na schodach, bo gdybym spotkał, musiałbym chyba wykazać się jakąś nadludzką samokontrolą, z którą zawsze miałem problemy. Dotarłem wreszcie na sam dół – na czwarty poziom podziemny, w połowie składowisko starych dokumentów, w połowie magazyn narzędzi do sprzątania. Poszedłem do komory numer czterdzieści, ostatniej. Nikt postronny nie wchodził tam od wielu, wielu lat, a przynajmniej nie od Decembra przed dwunastoma wiosnami, kiedy Jakub i Joachim umieścili w niej Julię. Wpisałem na archaicznym zabezpieczeniu hasło autorstwa Sary – „53iz6” – i wszedłem do środka.

Pierwsi rzucili mi się w oczy mężczyźni – Joachim i Jakub siedzący na podłodze, Abraham podpierający ścianę. Wszyscy spojrzeli na mnie przelotnie, zaraz jednak odwrócili znowu wzrok. Za stołem i zasłoną z ubrań, koców i poduszek, staruszka klęczała nad spoconą, walczącą Julią.

– Jeszcze troszkę – mówiła cicho Sara, a ja zorientowałem się, że nie zamknąłem drzwi. Gdyby ktoś nas zobaczył, przez przypadek zjawił się w piwnicy – nie chcę nawet myśleć o konsekwencjach. Naprawiłem swój błąd i dołączyłem do milczącego oczekiwania.

Julia nawet na mnie nie spojrzała, nie zauważyła chyba, że wszedłem. Jej posklejane włosy uderzały cicho o ramiona, kiedy Sara mówiła „przyj!”, jej twarz ściągała się raz za razem w gwałtownych grymasach bólu. Pojękiwała, ale nie krzyczała – wiedziała, że jej nie wolno. Drzwi nie były całkowicie dźwiękoszczelne. Popatrzyłem po twarzach wokół i dostrzegłem skupienie, jakieś niebywałe, trudne do opisania opanowanie, szczególnie u Abrahama. Ja zaś czułem, że zaraz zacznę się trząść, że nerwy zjedzą mnie od środka i umrę tutaj, i będą musieli wynieść moje ciało, i zostanę spalony jak najgorszy rodzaj człowieka, którym przecież byłem, miałem klasę czwartą, o jeden wyższą od zwierzęcia, o jeden wyższą od najbardziej upodlonych, o jeden wyższą… od Julii.

Jęknęła głośniej; dziecko wyszło na świat.

Podbiegłem do niej, zaczęła oddychać szybko i głęboko, ale w tym dramatycznym oddechu była ulga, która i mnie przyniosła wytchnienie. Nawet nie spojrzałem na dziecko, patrzyłem tylko na Julię, złapałem ją za rękę i ścisnąłem mocno. Odkryłem jednak ze smutkiem, że ta nie zwróciła na mnie uwagi, że wzrok utkwiła w płaczącym chłopcu, którego Sara trzymała na rękach i owijała już w ręcznik.

– Zrodzony – wyszeptała moja żona, która nie miała prawa urodzić tego dziecka, która nigdy w życiu nie złamała zakazów, a o złamaniu Zakazu nigdy nawet nie pomyślała, ja tak samo zresztą. – Mój syn.

– Prototokos – powiedziała Sara.

Abraham, Joachim i Jakub pochylili głowy, poddałem się atmosferze i uklękłem przed synem Julii. Ucichł nagle – przez moment wydawało mi się, że widzę jakąś trudną do opisania mądrość w jego oczach, że dziecko doskonale wie, może wielokrotnie lepiej od nas, po co się znalazło na tym świecie, jaką ma powinność. To nieprawdopodobne, i kiedy czasami myślałem o tym później – absurdalne – ale zdawało mi się, że cień głębokiego smutku przemknął przez twarz tego niemowlęcia, jakby zobaczyło swoją tragiczną, przerażającą przyszłość.

 

3. Cesarstwo

 

– Sef – usłyszałem jeszcze przy wyjściu.

– Tak?

– Przyniesiesz mi wino?

Odwróciłem się; P. miał minę, jakby od tego wina zależało całe jego życie, jego usta i broda wykrzywiły się w jakimś wyjątkowo pożądliwym grymasie.

– Postaram się.

Z Sądu poszedłem prosto na Zgromadzenie Klasowe, na ulicach nikogo już nie było. Nie powinienem się spóźnić, jeszcze brakło kilku minut, ale i tak wiedziałem, że kamery mnie zauważą – rejestry z tego dnia na pewno będą skrupulatnie przeglądane. Z oddali usłyszałem świętowanie na Forum, arystokraci bawili się od samego rana.

Poza tym jednym dźwiękiem, Rzym wyjątkowo się wyciszył. Nie natknąłem się na żaden patrol policji – czyżby oni też świętowali? Ulice jak nigdy świeciły pustkami, monumentalne budynki zdawały się być jeszcze większe niż zazwyczaj. Zmierzałem do mojego dormitorium klasowego, które mieściło się w podziemiach dormitorium trzeciego – wielkiego, czarnego prostopadłościanu. Sprawdziłem godzinę na HRL, do uroczystości zostały trzy minuty – musiałem naprawdę się postarać, żeby zdążyć na czas. Zacząłem biec. Moja sprawność fizyczna pozostawiała wiele do życzenia, klasy czwartej nie dostawało się przecież za wrodzony atletyzm. Po kilkudziesięciu krokach myślałem już, że wypluję płuca. Tunika nie pomagała – przytrzymywałem ją, żeby się nie podarła. Mijając Departament, jak tego pamiętnego dnia, w którym urodził się P., zobaczyłem w końcu cel. Przed dormitorium piętrzył się tłum ludzi, trójek i czwórek w trójkowych i czwórkowych tunikach. Nasze były ciemnoszare, niemal czarne, ich – nieco jaśniejsze.

Ustawiłem się w kolejce przed tym osobliwym budynkiem, do którego wyglądu nie sposób było przywyknąć. Zbudowany sześćdziesiąt pięć lat temu, pierwszy w historii projekt nieklasyczny. „Nowoczesny”, czarny, matowy blok, budownictwo użytkowe. Stał zaraz obok Pałacu – Kaligula mógł się powstrzymać od nadania mu takiego kształtu, kontrastował za bardzo. Wszystko było tu prostokątne, okna, drzwi, wzór na podłodze.

Dostrzegłem Joachima, który był o kilka osób przede mną, i zawołałem go.

– Witaj – powiedział po łacinie. – Ave, Gnejuszu, w tym niezwykłym dniu.

Skłoniłem głowę.

– I pan, Mistrzu Titusie.

Titus-Joachim zagadnął mnie o pogodę i przez cały czas uśmiechał się drwiąco. Takie sytuacje były na porządku dziennym – publicznie nie wolno nam było rozmawiać w innym języku niż państwowy i używać imion innych niż oficjalne, czyli te, które nadano nam w Departamencie. Czasem zdarzało się nam zamyślić, ale podobna pomyłka mogła kosztować wiele, na przykład niespodziewaną wizytę Frumentarii w izbie i tortury, być może nawet przymusowe leczenie charakteru. Różne słyszałem historie o konsekwencjach drobnych wykroczeń.

Została minuta, kiedy rozstałem się z Joachimem za drzwiami. Ja poszedłem w lewo, schodami na dół, a on w prawo – schodami na górę. Koło mnie jeszcze wiele innych czwórek pędziło szybko na zgromadzenie, potykali się o siebie i przepychali. Dziwni to byli ludzie – w większości pokraczni, z wadami ciała i charakteru. Wiekiem nikt chyba nie przekraczał czterdziestu lat, ja sam, niestety, powoli docierałem do tej granicy.

Zszedłszy po schodach, znalazłem się w głównym korytarzu naszego dormitorium. Trzeba było dojść do końca, a zostało już tylko około piętnastu sekund. Ludzie rzucili się przed siebie, jakieś sto kroków miałem do pokonania. Spóźniony o kilka chwil, zdążyłem jeszcze, zanim zamknęli drzwi, a zamknęli je – ku mojemu zdziwieniu. Co stanie się z tymi, którym się nie udało?

Sala, służąca często jako stołówka, była wypełniona po brzegi, ludzie stali bark w bark, nie było żadnych miejsc siedzących. Słabo widziałem podwyższenie, zasłaniał mi jakiś wysoki, gruby mężczyzna w brudnej tunice. Musiał przewrócić się podczas biegu.

– Niech żyje Konstantyn, syn Konstantyna! – usłyszeliśmy z głośników, a chwilę potem z sufitu wytrysnęło wino. Słabej jakości, zdecydowanie zbyt słodkie, ale mimo wszystko – wino. Pomyślałem, że nie będę mógł spełnić prośby P., że nie mam jak mu tego wina zanieść, ale nie pogrążałem się w zadumie. Otworzyłem usta i zadarłem głowę, jak wszyscy zresztą. Uczta trwała kilkanaście sekund, włosy jednak zdążyły się posklejać, a tunika przemoknąć.

Wyszliśmy – widziałem ludzi, którzy zrezygnowani podpierali ściany albo klęczeli w rozpaczy. Ostatnia okazja żeby napić się wina była wtedy, gdy Konstantyn został cesarzem, a dla następnego syna nie będzie wyprawiał uczty, bo to przywilej pierworodnego. Cesarz jest młody, nieprędko umrze, więc na kolejną ucztę trzeba będzie poczekać nawet kilkadziesiąt lat. Miałem niezwykłe szczęście, że na końcowym etapie wyścigu udało mi się nie przewrócić ani na nikogo nie wpaść.

Poszedłem szybko z powrotem do Sądu, ponieważ uroczystość odbyła się dokładnie w południe i trzeba było wracać do pracy. Arystokracja świętowała cały dzień, budynek stał więc pusty – idealny dzień, żeby zarządzić sprzątanie generalne, co Joachim zrobił bez specjalnego namysłu. Szacunki wskazywały, że zejdzie nam z tym do wieczora, ale dzięki dodatkowej pracy mieliśmy szansę na dzień wolnego w przyszłym tygodniu.

Joachima nie spotkałem po drodze, podobnie jak i żadnej trójki – ich uczta trwała widać dłużej, może została też zorganizowana bardziej po ludzku. Z racji szczególnych warunków odważyłem się na to, co zazwyczaj jest niemożliwe – wejście do Sądu głównym wejściem, przez Bramę Sprawiedliwości, czyli przez ciężkie, metalowe drzwi, które ledwo udało mi się otworzyć. W środku przytłaczał bezmiar przestrzeni, sklepienie znajdowało się na wysokości sześćdziesięciu stóp. Cztery sale sąsiadowały ze sobą, stojąc na środku można było zajrzeć do każdej z nich. Ściany postawiono szklane, ponieważ oficjalne rozprawy musiały być jawne. Materiał nie był jednorodny, w zwyczajne, przezroczyste i bezbarwne szkło wkomponowano kolorowe paremie łacińskie, które teraz oglądałem w lustrzanym odbiciu.  Z wielu budynków wzniesionych przez Kaligulę Sąd, chyba jako jedyny, szczerze mi się podobał.

Dokładnie naprzeciwko wejścia, w odległości prawie stu kroków – były drzwi prowadzące do sekretariatu, pomieszczenia, w którym trzymano przeróżne papiery. Pokusa, by tam zajrzeć, była silna, jednak zewsząd patrzyły na mnie kamery, a poza tym te drzwi pewnie i tak zamknięto na jakiś magnetyczny mechanizm. Nie wiedziałem, ponieważ do moich obowiązków sprzątającego należało tylko czyszczenie podłóg w sali pierwszej i drugiej – nie mogłem nawet postawić nogi w sali trzeciej lub czwartej, ani w ogóle nigdzie indziej, żeby nie narażać się na podejrzenia. Wejście do sekretariatu stanowiło więc zagadkę, o którą nigdy nawet nikogo nie pytałem.

Skierowałem się do drzwi na końcu korytarza między pierwszą i drugą salą. Do nich miałem klucz – prowadziły na przestronną klatkę schodową. Można z niej było trafić albo na kolejne kondygnacje podziemne – miejsca pracy oskarżycieli, sędziów i obrońców (do których to miejsc nie miałem oczywiście klucza) – albo na sam dół, do komór gospodarczych. Stanąłem tam, gdzie już raz tego dnia stałem na porannej odprawie, czyli przed ogromnym ekranem wyświetlającym plan budynku i pomieszczenia aktualnie puste, które można bez przeszkód sprzątać. Teraz, kiedy w Sądzie nikogo nie było, ekran świecił się na zielono.

Spostrzegłem, że w pierwszej komorze, czyli w szatni połączonej z łaźnią, przebiera się już kilka osób. Nie mogłem więc odwiedzić P. i Julii, moje samopoczucie pogorszyło się znacznie. Perspektywa spędzenia kilku następnych godzin na dokładnym szorowaniu podłóg była druzgocąca, zostałem wcześniej wybity z rytmu przez ucztę. Ta wspaniałomyślność cesarza, danie nawet czwórkom chwili wytchnienia – czy widok nowo narodzonego dziecka zmiękczył go, poruszył jakąś stłumioną do tej pory strunę?

Gdy rodził się mój syn-niesyn, usposobienie moje nie uległo żadnej szczególnej zmianie, na pewno nie gwałtownej. Może z charakterem Jedynek i Dwójek jest inaczej?

Przywitałem się ze współpracownikami, nieformalnie już.

– …dobry – odpowiedzieli niektórzy, inni nie chcieli, byli też tacy, którzy nie umieli mówić. Czwórki składały się z wielu rodzajów odpadów, wad genetycznych, fizycznych, umysłowych, ofiar eksperymentów w Departamencie, ale zdolnych do pracy przy najprostszych rzeczach. Zawsze, od „narodzin”, to jest od wyjścia z Departamentu, zastanawiałem się, jaka jest moja wada, i przez dwadzieścia lat nie potrafiłem tego oszacować. Umysłowo zdawałem się być co najmniej trójką, fizycznie może się nie wyróżniałem, ale wątpię, żeby Joachim czy jakaś inna przeciętna trójka mnie przewyższała.

Nie próbowałem zagaić już żadnej rozmowy, ponieważ rozmowa z większością tych osób byłaby stratą czasu. Jedynie Abraham był tutaj na podobnym do mnie poziomie, oprócz niego oczywiście Joachim. Kiedyś, kiedy jeszcze żył Jakub, drugi kierownik, to z nim najwięcej rozmawiałem, to on pomagał mi wychowywać P. – ale zmarł niestety, próbując uratować następną dziewczynkę przeznaczoną do wyrzucenia. Nazywała się Aleksandra, miała trzy lata. Jakub umieścił ją w swoim mieszkaniu, Frumentarii zjawili się niemal natychmiast i zastrzelili oboje, bez żadnego procesu.

Kobieta, która ma jakąś poważną wadę rozwojową lub skłonność do przewlekłych chorób może dostać kategorię numer pięć – nieczłowiek. Wywozi się ją wtedy na wysypisko, daleko za Rzymem, daleko za Wzgórzami, i po prostu zostawia, zapomina o niej. Julia ma problemy z kośćmi, nie może chodzić, i została wyrzucona w wieku czterech lat, a Aleksandra, jak słyszałem z opowieści, urodziła się z bardzo słabym krążeniem. Do dziś zastanawiamy się, dlaczego Jakub zdecydował, że zabierze ją do dormitorium, a nie na przykład do komory trzydziestej dziewiątej. Cokolwiek nim wtedy kierowało – popełnił błąd, który kosztował życia ich obojga. Z drugiej jednak  strony – może właśnie dzięki tej pomyłce Julia żyje jeszcze, nieodkryta, a P. razem z nią. Zawsze czuję wdzięczność, gdy myślę o Jakubie, był dobrym człowiekiem, może nawet najlepszym z nas wszystkich.

Nie można było zacząć pracy bez kolejnej odprawy, ludzie zaczęli więc nerwowo chodzić po korytarzu w oczekiwaniu na Joachima. On jednak zjawił się dopiero w godzinę po południu, co oznaczało, że trójki miały pełniejszą ucztę. Byłem już umyty i ubrany tak jak reszta, w jednoczęściowy, szary uniform roboczy z wieloma kieszeniami i luzami w stawach, żeby można się było łatwo schylać.

Spostrzegłem, że Joachim nie jest sam, a jego towarzystwo nie spodobało mi się specjalnie. W korytarzu pomieszczeń gospodarczych zapanowała cisza, każdy wydał tylko dźwięk w rodzaju „psst!” do najbliższej osoby, i zaraz wszyscy, zwróceni w stronę Joachima, przyjęli pozycję na baczność. Dwoje ludzi – kobieta i mężczyzna – stało po obu stronach naszego przełożonego. Kobieta, nadzwyczaj dobrze zbudowana, z wyraźnie zarysowanymi mięśniami i włosami obciętymi krótko, ubrana była po cywilnemu, tak jak ubierają się mężczyźni-arystokraci – w śnieżnobiałą tunikę. Miała jednak do niej przypiętą niebieską odznakę w kształcie gwiazdy, symbol specjalnej podjednostki Frumentarii nazywanych nieoficjalnie „strażnikami produkcji”. Mężczyzna zaś, a właściwie chłopak, który stał po lewej stronie Joachima, trząsł się ze strachu, może siedemnaście lat minęło od początku jego procesu.

Czy to był… Nowy? Nie widziałem tu żadnego Nowego od trzech albo pięciu wiosen, czwórki zdarzały się już bardzo rzadko.

– Dzień dobry – powiedział Joachim po łacinie.

– Mistrzu Titusie – odpowiedzieliśmy chórem, skłaniając głowy.

– To jest Augustus, ma czwartą kategorię społeczną. Urodził się przedwczoraj, szkolenie ukończył dziś rano, wziął udział w uczcie i otrzymał przydział. Zaczyna od zaraz, ta odprawa będzie jego pierwszą. Niech żyje Augustus!

– Niech żyje Augustus! – krzyknęliśmy, a przynajmniej ci, którzy byli w stanie.

Zaczekałem, aż policjantka odejdzie, i podbiegłem do Nowego.

– Ilu ludzi zamieszkuje Rzym? – spytałem Nowego, ale patrzyłem na Joachima.

– Dziesięć tysięcy i pięć ludzi – odpowiedział Nowy, jego głos drżał.

– Ilu jest w Atenach?

– Trzy tysiące dwieście dwadzieścia.

– Ilu ludzi pracuje… za murami?

– Ludzi? – Nowy spojrzał na mnie z dezorientacją. – Nikt – powiedział. – Tam automaty teraz pracują i zwierzęta.

– Jaką powierzchnię ma Cesarstwo?

– Około pięć i dziewięć dziesiątych razy dziesięć do dziesiątej iugera.

Joachim spiorunował mnie wzrokiem, ale wiedziałem, że jest mi wdzięczny za to odpytanie, bo zaspokoiłem i jego ciekawość – Nowy nie miał prawdopodobnie żadnej wady umysłowej. Dodatkowo posługiwał się wygodnymi, arabskimi oznaczeniami. Dostał jednak czwórkę, dlaczego? Co kieruje Departamentem przy określaniu kategorii? Jak wyglądają teraz procesy narodzin, czy w ogóle zmieniły się od moich czasów, od rządów Kaliguli?

Może warto zapytać o cokolwiek? Chociażby i nie wprost?

– Czy wiesz, czym jest Wiara? – spytałem cicho, i od razu tego pożałowałem. Joachim natychmiast znieruchomiał, wstrzymał oddech. Nie patrzyłem na jego twarz, ale gdybym spojrzał, to chyba śniłaby mi się po nocach.

– Nie wiem – powiedział Nowy bez zastanowienia. – Czy jest to jakieś narzędzie do sprzątania?

– Tak. – Joachim położył mi rękę na ramieniu, dając do zrozumienia, żebym już nic nie mówił. – Jest to przestarzałe narzędzie. Czeka cię teraz twoja pierwsza odprawa, dołącz do grupy.

Kiedy Joachim skończył, rozeszliśmy się do swoich obowiązków. Nowy został przydzielony do sali numer trzy, także do podłogi, wykonywał więc pracę podobną do mojej. Gdy powiedziałem „Wiara”, zdawało mi się – chociaż Augustus, jak go nazwali, nic nie dał znać po sobie, zdumiewająco wręcz szybko zaprzeczył znajomości tego słowa – zdawało mi się, że on wie, co to znaczy Wiara, a w oczach jego znalazłem jakąś wieczną, przejmującą tęsknotę.

Kiedy skończyliśmy pracę, a na zewnątrz już się ściemniło, poczekałem w szatni, aż wszyscy wyjdą. Joachim nadzorował opuszczanie budynku, każdy odmeldowywał się po kolei. Ja natomiast zostałem na samym końcu, a gdy wszyscy wyszli, to razem z Joachimem udaliśmy się do komory czterdziestej, żeby spędzić trochę czasu z Julią, P. i Sarą, która od kilku tygodni z nimi mieszkała, a oficjalnie zgłoszono jej zaginięcie. Wpisałem hasło.

– Nie przyniosłem ci wina – powiedziałem, gdy drzwi się otworzyły, ale spostrzegłem, że P. jest zupełnie odmieniony. Sara klęczała przy nim, przy naszym P., milczącym teraz, który przecież zazwyczaj wesoło coś nucił albo opowiadał, którego trzeba było uciszać, który przecież z zainteresowaniem wypytywałby o ucztę.

W rogu pokoju zobaczyłem skuloną Julię.

– On… – zaczęła, ale P. jej przerwał.

– Wiem już, kim jestem – powiedział wolno, spoglądając na mnie, a każde jego słowo wybrzmiewało potem długo w mojej pamięci. – I wiem, kim będzie dla mnie Konstantyn.

Jego oczy płonęły nieznanym mi ogniem, jakby w swoim krótkim życiu, w tej jednej komorze, przeżył o wiele więcej niż ja.

P. wstał, a sposób, w jaki się poruszał, poraził mnie swoją gracją i pewnością. Zadrżałem. Joachim chciał przez chwilę coś powiedzieć, ale zamilkł, zasłaniając sobie usta dłonią.

Zdaliśmy sobie sprawę, że pisma, które przekazali nam Sara i Abraham, że nasza Wiara, te legendy o prorokach – że one są prawdziwe. Stał przed nami zapowiedziany Pomazaniec, Mesjasz, zrozumiałem to w jednej chwili i upadłem na kolana.

– Zrodzony, a nie stworzony – powiedziała Sara w taki sposób, że dreszcz przeszedł po moich plecach. – Współistotny Ojcu.

Joachim powtarzał za nią jak echo, jego słaby głos załamywał się na niektórych sylabach.

P. wyszedł z komory, po raz pierwszy w swoim dwudziestoletnim życiu. Stanął na korytarzu, rozpostarł ręce, i wszystkie światła – nawet teraz dałbym sobie odrąbać dłoń, choć nie mam na to żadnego dowodu – wszystkie światła przygasły znacznie, a od P. zaczął bić jakiś obcy mi dotąd, niezwykły blask. Stał tak przez kilka minut, bez ruchu, a później wrócił spokojnie do komory i nie wychodził z niej przez następne dziesięć lat. Przychodziliśmy do niego i cierpliwie słuchaliśmy nauk, starzeliśmy się i umieraliśmy.

 

4. Królestwo

 

– Królestwo Boże podobne jest do Cesarstwa, które jeszcze sto lat temu odkrywało nowe lądy na krańcach świata. Mieszkańcy tych ziem mogli przyjąć Cesarstwo w pokoju, skłonić głowę – albo go nie przyjmować. Gdy wybuchały bunty w miastach innych od Rzymu i Aten, czy pamiętacie, co się najczęściej działo?

Pacyfikowano takie miasta i zapominano o nich.

Królestwo moje i mojego Ojca wstąpiło na nowy ląd, który zwie się Cesarstwem, i daje mu wybór. Cesarstwo może mnie przyjąć i skłonić głowę, koronować mnie na króla, może stać się m o i m Cesarstwem – lub mnie odrzucić. Jestem, jak napisano, Bogiem zazdrosnym, nigdy nie będzie pierwszeństwa prawa ludzkiego nad moim. Prawo Rzymu, kontrola urodzeń, zamknięcie granic, ograniczenie wolności, obecny zbrodniczy porządek – to wszystko musi zostać zniszczone. Hańbą okryli się arystokraci zabraniając Wiary, hańbą okrył się lud tego kraju, tego świata całego, że nie zbuntował się na czas. Uwolnię was od hańby bez względu na cenę, którą przyjdzie ponieść winowajcom.

W świecie zupełnie innym, niepodobnym do tego, pewien człowiek rzekł, że jeśli Pan mówi mu: „rozdaj wszystko, co masz, i idź za mną”, to „niepodobna byłoby rozdać tylko dwa grosze i przyjść jedynie na nabożeństwa”. Mądrość jest wspólna wszystkim światom, i wy, przekonałem się o tym, jesteście najmądrzejszymi z ludzi, kocham was za wierność i zuchwałość, poświęcenie i dobroć, a Jakub, wasz brat – on już się nam z góry przygląda i raduje tym widokiem.

Ja jestem drogą, prawdą i życiem, tylko przeze mnie przyjdziecie do mojego Ojca. Drogą tą kroczył naród wybrany i wy jesteście jego spadkobiercami. Przybraliście bez sprzeciwu święte imiona, gdy natchnął was Duch i dał wam Słowo. Królestwo Boże będzie zupełnie inne niż Cesarstwo, porządek i prawo wywrócę na nice, nie lękajcie się jednak – będziecie w nim razem ze mną.

 

5. Abraham

 

Nigdy nie uczynił żadnego oczywistego cudu, nie dał nam żadnej banalnej odpowiedzi. Dziecko urodziło się z czystej, wybranej przez Boga kobiety, i był to jedyny znak. W resztę musieliśmy uwierzyć, ślepo mu zaufać – P. pozostał więc w komorze. Uważał, że musi poczekać na odpowiednią chwilę, że Wola Ojca, jak mówił, może wypełnić się tylko w jednym, konkretnym momencie. Czekał przez dekadę, modlił się i rozmawiał z nami.

W przeddzień wyjścia z Sądu, w drugą rocznicę śmierci Sary, P. zapytał nas, to znaczy mnie, Joachima, Barucha i Abrahama, o nasz stosunek do niego. Baruch-Tyberiusz był z nami od niedawna, Joachim i ja wyczuliśmy dobro, które przebijało przez skorupę wychowania Departamentu, i przygarnęliśmy go do siebie. Julia chorowała ciężko, jej dusza zdawała się przeczuwać wydarzenia, które miały nastąpić.

– Jeśli powiem wam, żebyście mnie teraz zabili, czy to uczynicie?

Zadrżałem.

– Nie – odpowiedział Joachim jako pierwszy, zaskakująca pewność brzmiała w jego głosie. – Jeśli chcesz umrzeć, to na pewno nie z mojej ręki.

P. pokiwał głową i spojrzał wymownie na Barucha.

– Nie – powiedział cicho Baruch. – Nie odważyłbym się.

Nagle Abraham, niepytany, wysunął się naprzód i skłonił głowę.

– Zabiłbym cię natychmiast.

Dołączyłem do niego i również wypowiedziałem te słowa, wydały mi się właściwe, czułem je gdzieś głęboko w sercu.

P. nie odpowiedział od razu, dał Joachimowi i Baruchowi czas na reakcję. Ten pierwszy, oburzony, spojrzał na nas z pogardą.

– Pana swojego byście zabili? Abrahamie, Sara umarła, ty już nie masz nic do stracenia, żadna moralność tobą nie kieruje.

P. milczał nadal, patrzył smutno gdzieś powyżej naszych głów. Odwróciłem wzrok, bo ta żałość, ta straszna jego twarz uderzyły mnie jakoś. W jednej chwili zrozumiałem, że cały świat, Cesarstwo, nie mają już znaczenia, że ja, Julia, Abraham, Baruch, Joachim, a wcześniej także Jakub i Sara – spełniliśmy swoją powinność i musimy tylko czekać na owoc. Popatrzyłem po nich i spostrzegłem, że jedynie Joachim tego nie pojmuje, nawet Baruch, naiwny zazwyczaj, prosto skonstruowany, nawet on zdołał w swoim sercu dojść do prawdy.

Joachim rozglądał się po nas, niby jedyny trzeźwy w domu szaleńców, wiedziałem jednak, że on także, w swoim czasie, wszystko zrozumie. Usiadł, zmęczony, zupełnie bezsilny, i rozłożył ręce.

– Jutro… – zaczął P. po długim milczeniu, ale jego krtań odmówiła posłuszeństwa, musiał odchrząknąć głośno. – Jutro wyniosą mnie stąd o świcie i oddam się w ręce cesarza. Uciekajcie; Konstantyn został oskarżycielem.

 

6.

 

Alarm – mamy obowiązek stawić się przed budynkiem. Wstaję, rozbudzam się natychmiast, wkładam spodnie, zarzucam w pośpiechu płaszcz i wychodzę, razem ze mną całe dormitorium. Zarządca nas wyprowadza, wejście obstawione jest przez zastępy policji, currusy bojowe stoją na ulicach jeden za drugim. Przerażający jest to widok, ludzie dookoła rozmawiają nerwowo, pulsująca syrena zagłusza myśli. Zarządca i jego pomocnicy ustawiają nas w trójszeregu przy drodze, szereg ten ma pewnie długość około dwustu kroków, ale nie ryzykuję stawania na palcach, żeby się przekonać.

Nie mogę odnaleźć wzrokiem Abrahama i Barucha. Czekam więc samotnie w pierwszym rzędzie; świta dopiero, ma zamiar świtać, wszystko jest w półmroku i nie widzę zbyt dobrze. Jedynie sztuczne światła currusów rozjaśniają ulice, lufy tych pojazdów nie są skierowane na nas, nie o nas tutaj chodzi.

Zdążyłem pożegnać się z Julią, ale ona myślała tylko o P.

Z daleka zaczyna być widoczny pochód, te światła są mocniejsze niż cokolwiek innego. Staram się nie patrzeć na nie, bo oślepiają, ale wszyscy patrzą, nawet Frumentarii kierują swe głowy w stronę tej jasności. Muszę obserwować ze wszystkimi, żeby nie wzbudzić podejrzeń, obserwuję więc z przymkniętymi oczami, choć wiem w głębi duszy, na co patrzymy.

– W prawo zwrot – woła ktoś przez megafon, zarządca pewnie, ale nie zwracam uwagi na brzmienie głosu. Wszyscy automatycznie wykonują rozkaz. – Marsz!

Idziemy w stronę świateł. Nie są one na wysokości Departamentu, jak sobie uświadamiam, a na wysokości Pałacu – idziemy więc pod Pałac, idziemy zwartym szykiem pod Pałac. Z tyłu zbiera się oddzielnie grupa trójek, których jest znacznie mniej, i wyruszają za nami. Nikt nie pilnuje, by utrzymać równy krok marszowy, nikt nie ma pojęcia, po co, dlaczego idzie, umysły większości pierwszy raz w życiu zetknęły się z niespodziewaną sytuacją i nie mają pojęcia, jak się w niej zachować.

– Sef – mówi ktoś trochę za mną, z lewej, i poznaję po głosie, że to Abraham. Niektórzy nasi sąsiedzi wzdrygają się z przestrachem, inni odwracają głowy. Lekko kiwam mu na znak, że usłyszałem. – Trzymaj się blisko.

Docieramy powoli do Pałacu, tłumy arystokratów spoglądają na nas z odrazą. Czuję rękę na swoim ramieniu, to Abraham jakoś przedarł się bliżej mnie. Kątem oka widzę, że ledwo idzie, osiemdziesiąt lat życia zabrało mu dawną sprawność. Frumentarii wytyczają miejsce zbiórki; szeroki korytarz między arystokracją a plebsem prowadzi od głównej drogi do wrót Pałacu. Światła przybliżają się, okazują się być lampami na wielkich masztach, które trzymają jakieś wyjątkowo silne Jedynki. Pomiędzy nimi idzie Marek Lucjusz, przywódca Frumentarii, w purpurowej, błyszczącej zbroi i z mieczem opartym na ramieniu.

Maszty i Marek Lucjusz skręcają i wchodzą w korytarz, zaczynam dostrzegać, co jest za nimi. Wielu, co najmniej pięćdziesięciu policjantów-żołnierzy maszeruje w szyku, mają karabiny w gotowości i twarze skryte za hełmami. Na samym końcu – kroczy on.

P. idzie boso, potyka się, pojękuje cicho. Cały tłum, arystokracja i plebs – wszyscy zamierają. Nikt z zebranych nie widział czegoś podobnego w całym swoim życiu. Jego długie włosy posklejane są od potu, jego obdrapana, stara tunika ciągnie się za nim żałośnie. Widzę, że go pobili, ma całą twarz posiniaczoną i poranioną.

Czuję oddech Abrahama na swojej twarzy.

– Popatrz w lewo – szepcze, a ja odwracam wzrok od P. i spoglądam na Pałac.

Konstantyn Syn wychodzi, a za nim – Konstantyn Ojciec. Pierwszy raz widzę otwierające się wejście, wielki mechanizm żelazny podnosi się bezgłośnie. Dziecko, mimo że nie jesteśmy w Sądzie, ubrane jest w tunikę sądowego oskarżyciela. Cesarz staje majestatycznie przed wszystkimi, lampy zdają się oświetlać tylko jego, ale nikt nie klęka, wszyscy nadal patrzą na P. Z daleka widzę, że Konstantyn już posiwiał, że czas nie obchodzi się z nim łaskawie. Grymas na jego twarzy zdaje się wyrażać niezadowolenie, urażoną dumę, ale nie widzę go dość wyraźnie.

– Obywatele! – mówi cesarz i dopiero wtedy ludzie go dostrzegają. – Dzisiaj, w tym wielkim dniu, wysłuchajcie mojego syna.

Nastaje całkowita cisza – pochód się zatrzymuje, pod wpływem donośnego głosu Konstantyna wszyscy nagle milkną, wstrzymują oddech.

Dziecko odchrząkuje i występuje dwa kroki naprzód, patrząc w ziemię. Nie w ziemię jednak – ma kartkę w ręku, zapewne naprędce spisane przemówienie.

– Obywatele! – woła swoim niedojrzałym głosikiem; Pałac w tle zdaje się być przy nim jakichś niewyobrażalnych rozmiarów, jak Olimp albo nawet Czoło Nieba.

– Spiski, które wydawały się nie istnieć, istniały jednak! Ludzie, kt-którzy powinni już nie żyć – przetrwali! Legendy, które znamy pod nazwą legend mojżeszowych – nadal miały swoich wyznawców!

Przez tłum przechodzi szmer, chłopiec robi pauzę, żeby arystokracja mogła wyładować swoje emocje. Krzyczą oni, głośno przeklinają, cichną dopiero, gdy Konstantyn ponownie zabiera głos.

– Były to odpady z Departamentu, stare, niedorozwinięte jednostki, za istnienie których teraz, w imieniu mojego ojca i swoim, przepraszam całe społeczeństwo!

Znów robi przerwę, ale nie następuje jakakolwiek reakcja.

– Udało nam się, przy pomocy obywatela Augustusa z grupy czwartej, wykryć ich gniazdo, i jedna z jednostek piątej kategorii została już zneutralizowana. Niestety – zdążyła zrodzić przed trzydziestoma laty, tak, obywatele – z r o d z i ć – to oto stworzenie.

Czuję, jak moje gardło się zaciska, nogi miękną. Zneutralizowana.

Frumentarii wypychają P. przed czoło pochodu, a on zdaje się patrzeć wprost na mnie i na Abrahama. Łzy napływają mi do oczu – widzę, jak bardzo jest umęczony.

Jeden z policjantów kopie go w plecy tak, że ten z trzaskiem upada na ziemię jakieś dwadzieścia kroków przed cesarzem i jego synem.

– To stworzenie jest przegniłym owocem aktu cielesnego, który na mocy prawa zakazano siedemdziesiąt lat temu. To stworzenie nie zostało legalnie wydane z Departamentu, a narodziło się samowolnie, wyszło z łona kobiety.

Słowa te w ustach dziesięcioletniego dziecka wydają mi się tak absurdalne, że przez moment szaleńczy śmiech wzbiera w mojej piersi. Jedno spojrzenie na P. – leżącego, płaczącego chyba, ale jego twarz widzę słabo – przywraca mnie do poprzedniego nastroju.

– Ta istota, plugawa, od narodzin napiętnowana – ciągnie chłopiec – ta istota będzie zgładzona zgodnie z dawnymi obrzędami, żebyście wy, obywatele, powtórnie uświadomili sobie barbarzyństwo starożytnej kultury.

Nagle słychać niewyraźne rozkazy i zza pochodu wyłania się dwóch mężczyzn ciągnących za sobą jakiś wielki przedmiot. Ma około piętnastu stóp długości, stopniowo widzę go coraz lepiej, masywny, ogromny blok drewniany.

Jest w kształcie krzyża.

– Kara ta będzie dla wszystkich lekcją – mówi Konstantyn w miarę jak atleci poruszają się wolno w jego stronę. – Popatrzcie na tego żałosnego robaka – oskarżam go o zdradę wszystkich wartości Rzymu, o kłamstwo, zatajenie, brak rejestracji, religijność, hołdowanie legendom mojżeszowym. Cały jego byt jest w sprzeczności z prawem. Karą za takie czyny może być jedynie śmierć, ponieważ czyny te są niegodne człowieka, a jeśli kto łamie prawo, człowiekiem z pewnością nie jest. Po jego straceniu, obywatele, udamy się na ucztę!

Arystokraci podnoszą wrzawę, domagają się „sprawiedliwości” i hołdują cesarzowi. Czwórki i trójki, czyli nasza strona, w milczeniu przyglądają się P., który wstał na nogi i ledwo się na nich utrzymuje. Słyszę płacz dobiegający z tyłu – jestem pewny, że to płacz Joachima.

Krzyż został postawiony niemal przed samym nosem małego Konstantyna; niezrozumiałym dla mnie sposobem trzyma się jakoś w pozycji pionowej, zupełnie stabilny, niewzruszony niemal jak sam Pałac. P. zostaje pochwycony przez dwóch Frumentarii, ciągną go za ręce po ziemi.

– Skazuję tego człowieka… – Głos młodego Konstantyna się załamuje; czy on wie, co robi, czy zdaje sobie sprawę z wagi słów, które wypowiada? – …na śmierć przez ukrzyżowanie.

Frumentarii zdzierają tunikę P., widzę z daleka jego nagie plecy. Zaczynam drżeć, mam ochotę poderwać się, powstrzymać ich, ale wiem, że nie mogę tego zrobić. Czuję, jak sam Bóg mnie zatrzymuje, i z trudem obracam głowę na Abrahama. Jego stara już, pomarszczona twarz spływa cała potem, a mięśnie spinają się na niej i rozluźniają na zmianę. Kieruje na mnie swoje gałki oczne, widzę, że on też jest przykuty do miejsca. Próbuję coś powiedzieć, ale nie jestem w stanie, jakieś niewidzialne dłonie zaciskają się na moich ustach.

P. krzyczy rozdzierająco, kiedy jeden z oprawców odwraca go gwałtownie, podnosi jego prawą rękę i ciężkim młotem przybija dłoń do ramienia krzyża. Frumentarii zajmują się jego dłońmi, a później unoszą wiszące bezwładnie ciało P. i przybijają też nogi. Cały jest już pokrwawiony i chyba mówi coś, szepcze do siebie, ale nie rozumiem żadnego słowa. Nikt się nie odzywa, słychać jedynie uderzenia młotów.

Cesarz zabiera głos.

– W imię Cesarstwa Rzymskiego – woła i przerywa na chwilę trwającą mrugnięcie oka, jednak dostrzegam wyraźne zawahanie. – Wykonać wyrok.

Marek Lucjusz podchodzi dostojnym krokiem do krzyża, swój miecz dzierży w dwóch dłoniach. Ustawia się po prawej stronie, on też zdaje się wahać przez chwilę, ale w końcu przebija bok P. płynnym, wprawnym ruchem.

– Boże mój, Boże – krzyczy P. rozdzierająco. – Boże mój, miej dla nich litość!

Arystokracja wznosi okrzyk na cześć cesarza, chwilę później wznosi okrzyk na cześć Konstantyna, oskarżyciela. Widzę dziecko, które uśmiecha się dziwnie, wiedząc jakby, że dobrze się spisało, ale jednocześnie nie rozumiejąc w ogóle sytuacji. Obok tego dziecka P. umiera na krzyżu – w męczarniach, upokorzony, najgorszą z możliwych śmierci.

Nagle wschodzi słońce, niespodziewanie, gwałtownie. Zdaje się oświetlać tylko P. i czerwony dach Pałacu – krzyż płonie w odbitym, krwistym świetle. Tłum milknie, cisza szczególnego rodzaju przeszywa powietrze. Mogę już ruszać członkami, moje ciało odpręża się, a łzy wysychają szybko, nie mam pojęcia dlaczego. Dostrzegam cień przesuwający się w korytarzu między plebsem a arystokracją, cień czegoś latającego. Zadzieram głowę.

Ptak. Żywy ptak, jak na bardzo starych filmach, leci wysoko nad placem. Nie mogę zidentyfikować jego gatunku, i tak zresztą nie znam ich zbyt wiele. Słyszę, jak trzepie przez chwilę skrzydłami, żeby móc zacząć szybować bez wysiłku.

Ptak obniża lot; wszyscy już go dostrzegli i w milczeniu wodzą za nim wzrokiem. Słychać tylko jak zwierzę tnie powietrze swoim ciałem.

Nagle zaczyna pikować ze świstem.

W ułamku sekundy jest już na naszej wysokości, jego dziób z hukiem wbija się jak pocisk w głowę młodego Konstantyna, która rozpryskuje się na wiele krwawych kawałków. Ciało opada bezwładnie na ziemię, głuchy odgłos uderzenia rozchodzi się echem po Rzymie. Wszyscy zamierają, nie wybucha panika, nic się nie dzieje, to jest zbyt wiele dla zmysłów przeciętnego człowieka.

Ptak znowu nabiera wysokości i ponownie spada, atakuje z góry Konstantyna Ojca. Cesarz w jednej chwili przestaje istnieć, jego ciało zostaje zmiażdżone pod ciężarem zwierzęcia.

Gołąb, tak, teraz widzę go wyraźnie – biały gołąb niewielkich rozmiarów otrzepuje się z krwi, macha skrzydłami rozglądając się na wszystkie strony. Marek Lucjusz wyrzuca swój miecz, upada na ziemię i zasłania rękami głowę.

Gołąb nie zaszczyca go swoim spojrzeniem, zamiast tego wskakuje na krzyż, na ramię P., i dziobie Ukrzyżowanego delikatnie w policzek. P. schodzi z krzyża, wyjmuje gwoździe z dłoni i stóp, podnosi z ziemi swoją zakrwawioną, poszarpaną tunikę i ją przywdziewa.

Wskazuje prawą ręką na trójki i czwórki, na nas.

– Błogosławieni – mówi, a dźwięk jego głosu nie poddałby się opisowi w żadnym języku. Przez chwilę wydaje się, że to nie koniec, że jeszcze coś powie, ale zamiast tego milczy, a my wszyscy padamy przed nim na kolana.

Ptak wzbija się w powietrze.

Koniec

Komentarze

Hmmm. Odwróciłeś wszystko, co tylko dało się odwrócić. Stworzyłeś dzięki temu ciekawy świat. Ale nie rozumiem, co z tego wynika.

Próbowałam zrozumieć Twój świat, odgadnąć, czym różni się od naszego i nie wyszło. To znaczy, widać mnóstwo różnic, ale nie mam pojęcia, skąd wynikają. Nie wiem nawet, kiedy toczy się akcja. Z jednej strony – imiona starożytnych cesarzy. Z drugiej – głośniki i chyba samobieżne pojazdy. Do tego – stare, sprawdzone techniki tortur, nieznany sposób rozmnażania (skoro klasycznego zabroniono)… Podajesz rok, ale nie wiem, od którego momentu zaczął się liczyć czas.

Zapewne coś mi umyka, ale nie zrozumiałam przesłania.

Legendy też za bardzo nie widzę, co najwyżej przekręcenie motywów starych legend.

Wykonanie niezłe, ale jest jeden paskudny błąd. Sporadycznie drobiazgi – brakujące przecinki, gdzieś tam literówka.

ubieram spodnie, płaszcz i wychodzę,

Ubrań się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Wielce interesujące! Jest klimat, jest tajemnica. Napisane bardzo sugestywnie. Pewnie nie wszystkie nawiązania wyłapałem ale podobało mi się!

Acz, jak zauważyła Finkla, mógłbyś coś dopowiedzieć. Mówisz, że to świat równoległy. Co spowodowało, że jest inny niż nasz? Czemu akcja toczy się w roku 1486? Czy jest to nasz rok 733 (Rzymianie liczyli lata od założenia Rzymu)? Jeśli tak, to technologia za bardzo wysforowała się do przodu? Jeśli nie, czy rok ma znaczenie? Dlaczego dopiero teraz, po setkach lat (patrz rozwój technologii) od “imieniopoprzedników”, panują Kaligula II i Konstantyn?

Niespecjalnie też podoba mi się zakończenie, ale to kwestia gustu.

Jest babolek: “Ja i ty, dwadzieścia pięć temu” – dwadzieścia pięć czego? No nie gra mi zdania: “Szedłem ruchliwą, głośną ulicą. Minąłem jednak tylko kilku pieszych”. Ruchliwa, ale bez pieszych? W takim razie rozumiem, że jest na niej mnóstwo pojazdów, ale mógłbyś to podkreślić, bo niespecjalnie te zdania brzmią.

Pierwsze prawo Starucha - literówki w cudzych tekstach są oczobijące, we własnych - niedostrzegalne.

Ciekawa wizja alternatywnego Mesjasza. Zgadzam się, że trochę mało wiadomo o świecie, który jest dziwną mieszanką współczesnej technologii i starożytnego podejścia, ale będę szczery – większe shizotechy widziałem, więc mnie to szczególnie nie razi :)

Historia poprowadzona ciekawie, końcówka ni ziębi, ni grzeje – trochę brakuje mi mocniejszego akcentu, ale de gustibus i te sprawy :)

Postacie w miarę ciekawe, P. zarysowany jako Chrystus bis wypada tak sobie, ale nie zaniża lotów.

Podsumowując: daję klika, bo koncert fajerwerków ma w sobie ciekawy koncept, a i wykonanie na tyle dobre, ze czytałem bez problemów(choć prośba, byś poprawił zwłaszcza te “ubieranie spodni”, co wskazała Finkla). 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Przykro mi to pisać, ale opowiadanie, niestety, nie przypadło do gustu. Zbyt wiele tu chaosu i niedopowiedzeń. Historia została umieszczona w świecie, którego nie pojmuję, w czasie, którego nie potrafię ustalić i opisana w sposób, który nijak nie trafia mi do przekonania.

Jeśli dobrze zrozumiałam, rzecz rozgrywa się na przestrzeni trzydziestu lat – od chwili ślubu, do ukrzyżowania P., tyle że ja upływu tego czasu zupełnie nie zauważyłam. Owszem, opisałeś kilka wydarzeń, ale odebrałam je tak, jakby rozgrywały się na bieżąco, w ciągu kilku dni/ tygodni.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia, zwłaszcza zapis dialogów i interpunkcja mogłyby być lepsze.

 

– My ją pod­pi­sy­wa­li­śmy – wy­ja­śnił. – Ja i ty, dwa­dzie­ścia pięć temu. –> Dwadzieścia pięć czego?

 

– Mu­si­my już iść – Jo­achim sta­nął przy wyj­ściu. –> Brakuje kropki po wypowiedzi.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

coraz cię­żej przy­cho­dzi­ło mi ro­bie­nie ko­lej­nych kro­ków. –> Raczej: …z coraz większym trudem stawiałem kolejne kroki.

 

Ostroż­nie, po cichu za­czą­łem scho­dzić w dół… –> Masło maślane. Czy można schodzić w górę?

 

Wszy­scy spoj­rze­li się na mnie prze­lot­nie… –> Wszy­scy spoj­rze­li na mnie prze­lot­nie

 

ulga, która i mi przy­nio­sła wy­tchnie­nie. –> …ulga, która i mnie przy­nio­sła wy­tchnie­nie.

 

pod­da­łem się at­mos­fe­rze i uklę­kłem przed synem Julii… –> …pod­da­łem się at­mos­fe­rze i uklę­knąłem przed synem Julii

 

Z wielu bu­dyn­ków wy­bu­do­wa­nych przez Ka­li­gu­lę Sąd chyba jako je­dy­ny szcze­rze mi się po­do­bał. –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Z wielu bu­dyn­ków wzniesionych przez Ka­li­gu­lę, Sąd, chyba jako je­dy­ny, szcze­rze mi się po­do­bał.

 

Do­kład­nie na prze­ciw­ko od wej­ścia, pra­wie sto kro­ków na­przód… –> Do­kład­nie naprze­ciw­ko wej­ścia, odległe pra­wie o sto kro­ków/ w odległości prawie stu kroków

 

pro­wa­dzi­ły na klat­kę scho­do­wą, a ta z kolei mogła wy­pro­wa­dzić… –> Powtórzenie.

 

Męż­czy­zna zaś, a wła­ści­wie chło­pak, który stał po lewej stro­nie Jo­achi­ma, trząsł się ze stra­chu, może sie­dem­na­ście lat mi­nę­ło od po­cząt­ku jego pro­ce­su. –> Co to znaczy?

 

spy­ta­łem No­we­go, ale pa­trzy­łem się na Jo­achi­ma. –> …spy­ta­łem No­we­go, ale pa­trzy­łem na Jo­achi­ma.

 

Mą­drość jest wspól­na wszyst­kim świa­tom, i wy, je­stem o tym prze­ko­na­ny, je­ste­ście… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Z tyłu biera się od­dziel­nie grupa tró­jek… –> Literówka.

 

me­cha­nizm że­la­zny pod­no­szą­cy się bez­gło­śnie do góry. –> Masło maślane. Czy coś może podnieść się do dołu?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie się podoba. Klasyczna dystopia, i to klasyczna w podwójnym znaczeniu tego słowa, w dodatku napisana poprawnie. Przyznam szczerze, że umiejscowienie w czasie nie ma dla mnie większego znaczenia – Imperium Rzymskie nie upadło, kiedy upadło, a rozwinęło się w to, co przedstawił autor – i to właściwie wystarczy mojej czytelniczej wyobraźni. Legendy mojżeszowe są i mnie to również satysfakcjonuje.

Uwiera mnie za to fakt, że nie wiem, jakie wyciągnąć wnioski z tego, co przeczytałam. Nie wiem, czy jest tu głębsze dno, które mi umknęło, czy to tylko zabawa w Mesjasza na nowo.

W każdym razie lekturę zaliczam do przyjemnych.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Język rozmyty i rozwlekły, powtórzenia ("budynki wybudowane", a mogłyby być np. ufundowane), dużo niezręczności w stylu "łzy napływają do moich oczu" (to anglicyzm, powinno być "łzy napływają mi do oczu"). Kolokwializmy typu "ubieram spodnie" (w co je ubierasz, w spodenki?). Za dużo liczb (nie mów mi, ile metrów wysokości coś miało, pokaż, że bohater musi zadzierać głowę, kiedy na to patrzy). Uważaj na szczegóły – ludzie rozmawiają, kiedy wyje syrena? Słyszą się nawzajem?

"frumentarii" to dostarczyciele zboża – rozumiem dryf semantyczny (Ministerstwo Miłości, co?), ale mam nadzieję, że o tym wiesz? Ponadto: łacina nie ma formy "pan" – najbliżej jest "dominus", ale to nie jest zwrot formalno-grzecznościowy, tylko po prostu opisujący. A łacińskie słowa dobrze jest odmieniać (przywódca, albo dux, frumentarum) – brzmi bardziej profesjonalnie.

Nie jest jasne, ile czasu minęło między kolejnymi wydarzeniami, dopóki tego wprost nie mówisz (a wtedy powinno być "przed trzydziestu laty"). Świat jest zarysowany bardzo szkicowo, zupełnie nie widać, czym się cieszą i martwią jego mieszkańcy, ich problemy wydają się abstrakcyjne – zgadzam się z regulatorką, że tekst jest chaotyczny i nieporządny,przydałaby mu się gruntowna redakcja.

Musisz ćwiczyć styl, i to intensywnie. A teraz to, na co wszyscy czekali, czyli objazd filozoficzny: widać inspirację dickowską Egzegezą (lub pokrewne). King Felix, co? Ale to się kupy nie trzyma, zwłaszcza zakończenie (boom, headshot! i nie ma brzydkiego cesarstwa) jest do bólu naiwne. Nie przemęczyłam nawet pierwszego tomu Gibbona (jest to książka tak niesympatyczna w czytaniu, jak rzadko która), ale teza, że chrześcijaństwo zniszczyło imperium została już (na szczęście, bo głupia była) obalona. Dalej – człowiek z definicji nie może być równy Bogu, ponieważ jest bytem ograniczonym (Bóg – nieograniczonym). Każda próba dorównania Jedynemu to samooszukiwanie – ale już w cywilizacji ateńskiej podkreślano, że hybris (duma, stawianie się ponad swoim miejscem) prowadzi do upadku. Nie chodzi o to, że On osobiście jest bogiem zazdrosnym, tak to rozumieli Hebrajczycy, którzy byli właściwie monolatrystami, nie monoteistami, i swoje stosunki z Bogiem pojmowali bardziej jako umowę (my Cię będziemy czcić i zachowywać Prawo, a Ty nas za to robisz narodem wybranym). Poczytaj sobie o Logosie i tym podobnych rzeczach.

A co do zrodzenia i stworzenia – nie chodzi tu o zrodzenie w sensie cielesnym (zauważ, że dalej jest "współistotny Ojcu") – nie jestem teologiem, więc dokładnie Ci nie powiem. Mogę za to powiedzieć, że prawa fizyki (biologii etc) mają jednak jakiś telos – gdyby można było wszystko załatwić, rozwalając niemilcom głowy, to równie dobrze można by było ich wcale nie stwarzać, w ogóle nie stwarzać niczego, tylko kontemplować Siebie po wieki wieków, amen. Zerknij też na Apokalipsę, zwł. 19:15.

Niewiele więcej mogę powiedzieć – chyba, że chcesz wyszczególnienia wszystkich błędów?

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Pisałem komentarz, ale wtedy Tarnina dodała swój komentarz, więc – czytałem o Logosie, czytałem, o “bogu zazdrosnym”, nawet i o “zrodzeniu” czytałem, jednak nie dbałem raczej o zgodność z jakąkolwiek konkretną teologią, a już szczególnie nie z chrześcijańską (chociaż np. różne rzeczy z Kierkegaarda miały na mnie niedawno wpływ, Dick to raczej w jakiś podświadomy, niejasny sposób, nie myślałem już o tym bardzo długo, nie pamiętam dokładnie egzegezy). W tekście P. jest zrodzony, bo, no cóż – jest zrodzony. Nie chcę napisać zbyt dużo, ale, jak można zauważyć, ten bóg ze świata tekstu, i ten “logos” ze świata tekstu – one nie są tym samym, co Bóg i Logos z naszego świata, o ile w ogóle istnieje coś takiego, a Jezus był podobny do P. głównie z pozoru. To nie jest jedynie wizja alternatywnego zbawienia, tylko również alternatywnej tożsamości boga, w którego wierzą Żydzi, ale rozumiem, że być może na wyrost otagowałem “filozofia”, nie znam tutejszych standardów tagowania, dziękuję za ten obszerny objazd.

Dzięki wszystkim, szczególnie regulatorzy, “co z tego wynika”, no cóż, niestety – nie mam uniwersalnej odpowiedzi. 

Miałem nie czytać komentarzy, a jednak cieszę się, że to zrobiłem, bo ten od użytkownika regulatorzy jest bardzo wartościowy, czytałem tekst ponad dwadzieścia razy (również po odleżeniu) i nie widziałem w nim już nic, znam na pamięć prawie każdą linijkę (a “na przeciwko”, “ubieranie spodni” i “mi” zamiast “mnie” to potknięcia wagi ciężkiej, chociaż np. “uklękłem” bardziej mi pasuje niż “uklęknąłem” i jest tak samo poprawne, to słowo było niezłą zagadką podczas pisania). Wynika z tego tyle, że trzeba jednak znaleźć sobie beta czytelnika, postaram się jeszcze naprawić niektóre rzeczy (o ile jest to możliwe). Dziękuję jeszcze raz, jestem mile zaskoczony kilkoma pozytywnymi opiniami!

Tak, poprawianie jest możliwe, a nawet wskazane. Dopóki trwa konkurs, możesz spokojnie edytować.

Babska logika rządzi!

Lk, niezmiernie mi miło, że uznałeś łapankę za przydatną. ;)

Dodam jeszcze, że moje uwagi, poza ewidentnymi byczkami, to tylko i wyłącznie propozycje i wcale nie musisz z nich korzystać. To Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesująca wizja alternatywna z niezbyt jasno opisanym tłem, ale do przyjęcia. Niestety mocno powielony motyw klasowy (ile to już było lepszych – gorszych, bogatych – biednych, Orwellowskich równych – równiejszych, czy nadludzi – podludzi) i wywodzący się z nizin społecznych wyzwoliciel, wybawiciel. A już gołąbek jako miecz Boży ? Przykro mi, ale finał fatalny.

Pomysł był, nawet niezły, ale czegoś zabrakło. 

one nie są tym samym, co Bóg i Logos z naszego świata, o ile w ogóle istnieje coś takiego, a Jezus był podobny do P. głównie z pozoru.

Hmm, no dobrze – to co właściwie chciałeś przekazać? Widzę z Twojej odpowiedzi, że to i owo czytałeś, co się chwali, ale (sama mam ten problem) to, co się przeczyta, trzeba później przetworzyć, przemyśleć, zrozumieć, przeinterpretować i się do tego odnieść. Inaczej tylko przepisujesz martwe słowa.

Śmierć autora śmiercią autora, ale dobrze jest wiedzieć, co się robi i po co. Jeśli chcesz po prostu stworzyć fajny świat – baw się dobrze. Jeśli chcesz powiedzieć coś metafizycznego, to musisz być, niestety, ostrożniejszy, bo im wyżej mierzysz, tym ostrzej będziesz oceniany.

 “uklękłem” bardziej mi pasuje niż “uklęknąłem”

A nie powinno być aby "ukląkłem"?

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Mi również czegoś zabrakło, Autorze, ale doceniam pomysł. Opowiadanie przeczytałam wczoraj i nie wyleciało mi z pamięci jak to często bywa, więc uważam, że w Twoim tekście musi coś być. ;)

Średnio spodobało mi się zakończenie, ale samo opowiadanie mi się nie dłużyło. Szkoda, że niewiele wiem o stworzonym przez Ciebie świecie. 

 

„‬Człowiek, który potrafi druzgotać iluzje jest zarazem bestią i powodzią. Iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." - V. Woolf

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Już się “bałam”, że nic nie znajdę w kwestii technicznej do skomentowania, ale jednak się udało:

 

Mężczyzna zaś, a właściwie ← wkradły się dwie spacje

 

– Spiski, które wydawały się nie istnieć, istniały jednak! Ludzie, kt-którzy powinni już nie żyć – przetrwali! Legendy, które znamy pod nazwą legend mojżeszowych – nadal miały swoich wyznawców! – według zarówno mojej opinii, jak i fantazmatowego poradnika zapisu dialogów, niewskazane jest używać półpauz “wewnątrz” wypowiedzi, wprowadzamy bowiem czytelnika w błąd. 

 

Opinię o fabule dodam po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Mnie się podobało :)

Przynoszę radość :)

Witaj!

 

Schludne opowiadanie. Choć stylistycznie nieco można by poprawić (po części zgadzam się z Tarniną).

Trochę rozwlekłe, zabrakło więcej mięsa ze świata. Lekko sterylne powtarzanie/odwracanie znanych motywów religijnych.

Choć sam świat wyszedł dość ciekawie, to szkoda, że tylko w tle.

 

Z błedów logicznych – krzyżuje się przybijając za nadgarstki, a nie za dłonie, bo dłonie nie utrzymają ciężaru ciała i sie rozerwą.

 

Pozdrawiam!

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Czytałam z nieustającym skojarzeniem z “Drugą podobizną w alabastrze”, co nie do końca jest komplementem, bo lubię Huberatha, ale “Podobizny…” nie.

I dla mnie to nie jest historia alternatywna, bo nie widzę punktu rozejścia z “naszą”. I jakim cudem w takim świecie taka zaawansowana technika? Wolałabym coś takiego jako fantasy.

http://altronapoleone.home.blog

Nie spodobało mi się samo zakończenie, z zemstą gołębicy i krzyżozstąpieniem, spodziewałem się czegoś bardziej w logice ofiary i odkupienia. Ale poza tym: bardzo ciekawy, złożony świat, świetny motyw “zrodzonego, a nie stworzonego” w wersji chyba z lekka cyberpunkowej, dobra narracja (zwróciłem uwagę na zręczne użycie powtórzeń w scenie poprzedzającej sąd Konstantyna).

Jednym słowem: co to opowiadanie robi jeszcze w Poczekalni?!

KLIK

Bardzo spodobało mi się twoje opowiadanie, lk. Póki co pierwsze z tych konkursowych, które czytało mi się z prawdziwą przyjemnością i naprawdę byłam ciekawa co dalej. Tylko mam jeden zasadniczy problem.

Wymyślony przez ciebie świat nie pasuje do opowiadania. Jest to świat tak fajnie wymyślony, z tyloma szczegółami, że dużo bardziej pasowałby do powieści. Po prostu czytałam i zapamiętywałam te wszystkie zasady rządzące tym światem i wiedziałam, że mimo że ciekawe, nie mają większego znaczenia, bo opowiadanie zaraz się skończy. No więc pasowałaby mi powieść lub dużo dłuższe opowiadanie.

Wiem, że był limit znaków, dlatego właśnie mogłeś nie podawać aż tylu szczegółów, bo one się marnują tutaj. Tworzysz świetny i kreatywny świat, który kilka minut później się kończy i to w niezbyt dobrym stylu. 

No bo właśnie – zakończenie. Po tak dobrej lekturze rozczarowało mnie. Spodziewałam się czegoś bardziej konkretnego.

Jeszcze wracając do świata i fabuły: przypominał mi wymieszanie Roku 1984 i Fu.ture. Tak samo zły i wyniszczający. Poza tym tym też całkowicie nowy, bo to w końcu Cesarstwo. Naprawdę miałeś fajny pomysł. 

Wykonanie też jest udane, nie mam chyba większych zastrzeżeń. Czytało się z polotem.

 

Powodzenia w konkursie! :) 

Nie wysyłaj krasnoluda do roboty dla elfa!

Komentarz chciałby zacząć od piosenki Nick Cave & The Bad Seeds, z którą skojarzyło mi się opowiadanie – “Jesus alone”: 

“Wołam Cię swym głosem

Usiadźmy razem aż nadejdzie moment”.

Mam ambiwalentny stosunek do tego pomysłu. Z jednej strony, po prostu ukazałeś historię Jezusa w krzywym zwierciadle. Ale co w tym wielkiego? A z drugiej strony, to zrobiłeś to nieźle. Wymyśliłeś sobie jakąś własną rzeczywistość. Najbardziej podobało mi się zakończenie. Rzeczywiście jest to historia alternatywna, bo w końcu czegoś takiego wszyscy oczekiwali. 

Raczej nie jest to mój faworyt w konkursie, ale tekst jest niezły.

Pozdrawiam!

 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Przedstawiłeś okrutny, paskudny, obrzydliwy świat. Alternatywna rzeczywistość, w której wszystko poszło źle. I to jest siła tego tekstu, nastrój ciągłego zagrożenia, strachu, który stał się właściwie centrum jestestwa każdego z bohaterów, duszny, depresyjny klimat – znakomite. W dodatku nie odkrywasz wszystkich kart od razu – na przykład to, czym jest Departament Produkcji okazuje się dopiero po jakimś czasie. Sporo mocnych, sugestywnych scen, choćby ta z młodym Konstantynem, jako oskarżycielem.

Nie zrozumiałem jednak zakończenia. To znaczy symbolika jest dość czytelna, ale taka jakaś… Nagła. Cały tekst utrzymany w realistycznym stylu a tu nagle sru – cudem prosto w zęby. I to jakim! Nie jakieś subtelne zmartwychwstanie po trzech dniach, ale wejście z kopa, zupełnie, jak Arnold Schwarzenegger z karabinem rotacyjnym. Cóż, może jaki świat, taki Zbawiciel. Nie zmienia to faktu, że zakończenie pozostawiło mnie z "co do cholery?!".

Z jednej strony wydaje się to oczywiste i logiczne – P. i jego "grupa", zgnieceni opresyjnym butem wszschpotężnego, zwyrodniałego systemu musieli pozostać bierni, niezauwazeni i skoncentrowani na przeżyciu. Nie mogli być aktywni i opiniotwórczy, jak Jezus i apostołowie. Ba, Jezus działał też w dużo bardziej dynamicznych czasach – okupacja, nastroje rewolucyjne, niepokoje społeczne i religijne – świat P. jest stabilny i monolityczny w swej ohydzie. Potrzeba więc było takiego szoł, żeby cokolwiek ruszyć. Jednakże fabularnie tekst przez to cierpi – przez cały czas nie dzieje się właściwie nic, a potem zaskoczenie (w złym znaczeniu tego słowa),zwłaszcza, że poza pochodzeniem, P. nie wykazuje żadnych niezwykłych zdolności, czy talentów.

Zatem – świetny klimat, ale fabularnie tekst nie przekonał. Warstwy filozoficznej się nie czepiam.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ciekawy pomysł na historię alternatywną, a do tego wykonanie sprawiło, że czytając, chciałam wiedzieć – co dalej? Generalnie nie mam się do czego przyczepić, bo kupuję w całości wykreowany przez Ciebie świat wraz ze wszystkimi jego okrucieństwami. Do tego udało ci się stworzyć niepokojący klimat, który jest uzupełnieniem całości. Może tylko bohaterowie mogliby być bardziej wyraziści.

Świetny tekst. Powodzenia w konkursie!

"Fajne, a nawet jakby nie było fajne to i tak poszedłbym nominować, bo Drakaina powiedziała, że fajne". - MaSkrol

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony doceniam klimat i lubię kombinowanie ze znanymi motywami, zwłaszcza z mitologiami wszelkimi.

Przepadam, kiedy autor rzuca czytelnika od razu w swój świat przedstawiony, bez żadnych wstępów, ale u Ciebie zabrakło tych paru punktów, aby przybliżyć światotwórstwo. Zakończenie w ogóle mi się nie spodobało. Nie dość, że nagle, to jednak wizja mordującego ptaka trochę mnie rozśmieszyła. 

Klimat na plus, udało Ci się przedstawić brudny i okrutny świat, ale historia (mitologia), którą wybrałeś za wzór nie została potraktowana zbyt głęboko. Po prostu kosmetycznie zmieniłeś i wrzuciłeś do podrasowanego otoczenia. Dla mnie to o wiele za mało, abym była zadowolona po lekturze. 

Mnie ta alternatywna wizja przypadła do gustu. Lubię, gdy są niedopowiedzenia, tutaj one są, ale w ilości, której nie da się zdzierżyć, chociaż początkowo czułem się trochę zagubiony, bo nie serwujesz jakiegoś konkretniejszego wstępu, tylko od razu rzucasz czytelnika w wir świata przedstawionego, jakby wszystkim był doskonale znany. Za to klimat opowieści zdecydowanie na plus. 

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

To jedno z najambitniejszych opowiadań zgłoszonych do konkursu, w dodatku napisane perfekcyjnie. Jestem bardzo ciekawa twojego dorobku, a to opowiadanie nadal pamiętam z wieloma szczegółami. Konstrukcje świata i fabuły są tak dobre, że można poczuć zazdrość, finał rozmachem kojarzy mi się z anime. Bardzo dziękuję za udział; wrócę tu jeszcze bardziej się rozpisać, na razie zostawiam ślad, zgodnie z regulaminem głosowania ;)

"Po opanowaniu warsztatu należy go wyrzucić przez okno". Vita i Virginia

Nowa Fantastyka